"Krótkie" rozważania o zmianach, przyzwyczajeniach i konsumpcjonizmie.

Aby dojść do tego czemu tu jestem, co mnie skłoniło do rozpoczęcia pisania bloga oraz samej sobie poukładać trochę w głowie, niestety muszę zacząć od dość długiego przemyślenia... obiecuję, że dalej już będzie krócej i mniej skomplikowanie.
Ludzie sami w swoich głowach wyznaczają swój status na podstawie posiadanych rzeczy. Ten status to nie jest to jak nas widzą inni, a jak nam się wydaje, że nas widać. 
Pracujemy, wydajemy pieniądze, wydaje nam się, że dzięki zakupionym rzeczom idziemy do przodu, mamy więcej, stać nas na kolejne rzeczy. Co miesiąc część pieniędzy przeznaczamy na zakupy rzeczy, które w gruncie rzeczy do niczego nam się nie przydają, nie mają w naszym życiu większego znaczenia. Te zakupy to trochę taki narkotyk, na chwilę nas zaspokajają, dają słodkie poczucie przyjemności, zadowolenia... a po kilku minutach już moglibyśmy kupować dalej. 
Istnieje też wśród nas przekonanie, że wypada mieć dom, swoje miejsce na ziemi, pracować stosunkowo niedaleko niego, mieć blisko partnera, przyjaciół najlepiej równie blisko, oraz psa, kota itd itd... To taka nasza strefa komfortu. Stałe miejsce zamieszkania, otaczające nas przedmioty, środowisko.
Tak bardzo przyzwyczajamy samych siebie do myślenia tymi kategoriami, że aż sami uwierzyliśmy, że o to chodzi w naszym życiu. 
Prowadząc konwersacje czy przemyślenia na ten temat, kalkulujemy wszystko materialnymi kategoriami. Przeliczamy wszystko przez pryzmat posiadania czegoś w przyszłości. Nie płać komuś za czynsz tylko spłacaj swój kredyt. Schemat ten działa i wprawdzie dotyczy myślenia przyszłościowego i opiera się głównie na „dużych rzeczach” i planach, jednak tak naprawdę, najbardziej w plan wprowadzane są te małe - nie codzień bowiem kupujemy mieszkanie czy auto. Zwykle wręcz ich nie kupujemy, a jedynie planujemy je, odkładamy na nie. Na codzień za to zaspokajamy  swoje potrzeby, swoje nieszczęścia i braki przyjemnościami, zakupami ładnych mniej lub bardziej przydatnych rzeczy.  To proste i to zawsze działa. Te rzeczy to nasza kotwica. Kotwica, która trzyma nas w miejscu, daje nam poczucie „swojskości” i bezpieczeństwa. 
Ktoś powie - no tak, ale to co, mam teraz nic nie kupować? Książek, kosmetyków, pamiątek, bibelotów...? Ciężko pracuję, choć tyle chcę mieć z tego życia! 
I oczywiście masz rację. Nie zabierzesz tych pieniędzy do grobu. Ale może jest coś co nie straci swojej wartości po jednym użyciu lub postawieniu w kąt, a da Ci dużo większą przyjemność, którą wspominać będziesz dłużej niż bezdotykowa płatność MasterCard.
Zastanówmy się nad tym jak dużo wydajemy na rzeczy tymczasowe, lub niepotrzebne do życia. 
Oglądając vlogi youtuberek, zawsze zastanawiam się - kiedy u licha one dają radę zużyć te kosmetyki??? Przykładowo, jedna z dziewczyn zakupiła ostatnio, jednorazowo 8 pomadek. Nie wspomnę o tym ile ma kupionych już wcześniej. Inna opisywała dziś swoich ulubieńców do demakijażu i ma ich jednocześnie otwartych 4 opakowania, a piąte stoi jeszcze zamknięte. Cena jednego od 25-80zl. Dla przykładu ja mam jedną tubę od pół roku i nie jestem nawet w połowie opakowania, a dodam, że maluję się codziennie. 
Czy to naprawdę konieczne?
Zaczęłam się nad tym zastanawiać ostatnio, gdy podjęłam decyzję o wyprowadzce do innego kraju. I choć nie jestem typem zbieracza, Zajrzałam do szafek w kuchni, do szafek w łazience, do garderoby, do biblioteczki, rozejrzałam się po domu... i się załamałam. Leżą tam tysiące złotych, które w sumie nic nie znaczą... Książki raz przeczytane, pościel trzymana na „specjalną okazję” (co to u licha jest pościel na specjalną okazję??), 5 pamiątkowych makaronów z podróży, kosmetyki otrzymane w prezencie... 
Przeliczmy, że średnio każde 100-150zł to jeden dzień spędzony w pracy. 
Również każde 100-150zł to całkiem przyzwoita kwota do spędzenia dnia gdzieś poza domem, jakiegoś rodzaju aktywności, małej podróży. 
1:1
100-150zł to też jedna przeciętna sukienka z sieciówki przed wyprzedażą, 2-3 pierdoły z Ikei, parę kosmetyków z Rossmana… 
Zaczęłam się zastanawiać - jak ja to wszystko ze sobą zabiorę?? Nie chcę tego ot tak zostawiać, czy porozdawać wszystkim dookoła. Przecież wydałam na to kupę kasy w ostatnich latach! To mam to tak zostawić?? 
Sprzedam. W sumie i tak tego wszystkiego nie używam, nawet jakoś specjalnie tych rzeczy nie lubię, odzyskam choć część leżących w szafkach pieniędzy. 
Ale… nie jest tak łatwo... część rzeczy od paru lat wisi na Olx, choć wycenione są już mocno poniżej wartości... a jak się człowiek spieszy.... to traci.
Szkoda tego wszystkiego, ale czy tak naprawdę w momencie kupowania tego było mi to potrzebne? 
I tak oto kupujemy aby się przywiązać, przywiązujemy się, po czym szkoda nam się rozstać... 
Ale idźmy dalej.
Jeśli postanawiasz emigrować / migrować to albo z założeniem, że za jakiś czas wrócisz, albo osiądziesz tam gdzie jedziesz. Działa oczywiście nadal ten sam schemat - dom, przyjaciele, strefa komfortu itd… 
No dobrze. Ale co jeśli nie możesz się zdecydować gdzie to Twoje miejsce na ziemi jest? Czym się kierować w jego wyborze? Co jeśli nie wiesz co jest dla Ciebie najważniejsze w danym momencie - pieniądze, spokój, piękne krajobrazy? O co w tym całym życiu chodzi?
Czy uważasz, że to źle, że nie wiesz gdzie? No i wreszcie jak wybrać to miejsce skoro lista plusów i minusów nie pomaga? 
Pytanie podchwytliwe...
A czemu nie mieszkać tam gdzie w danym momencie masz ochotę? I nie mówię tu o kupieniu kilku mieszkań w różnych zakątkach świata, to byłoby oczywiście cudowne, ale kogo na to stać?:)
Zastanawiając się ostatnio nad sensem swojego życia i stojąc na rozstaju dróg doszłam do wniosku, że chcę zmienić otoczenie. Skrajnie. Wyprowadzić się, poznać innych ludzi, spróbować nowych rzeczy. Było mnóstwo ale, ale... o tym innym razem.
Decyzja podjęta. 
Pierwszy strzał padł na Włochy. Następny na Niemcy. Później była Austria, Wielka Brytania, Irlandia, Cypr...  6 krajów, w dwa tygodnie, gdzie każdy był już pewnikiem, bilety, mieszkania, praca posprawdzane po czym następowała zmiana zdania z różnych względów i.. wybór padał na kolejny kraj. 
Już zaczęłam myśleć, że coś jest ze mną nie tak. Kto słyszał, żeby być tak niezdecydowanym? Niedojrzałe zachowanie myślę sobie. Idź dziewczyno do normalnej roboty w Warszawie, a Cypr i inne destynacje zostaw sobie na wakacyjne podróże skoro jesteś tak niezdecydowana. Znając życie dojedziesz i już zmienisz zdanie. Co jeśli okaże się, że to jednak nie to? Wtedy wszystko będzie problemem i to jeszcze większym. Zobowiązanie umową do długoterminowego wynajmu, praca itd... 
I wiecie co? Problem tkwi nie w miejscu, nie w plusach i minusach, nie w niezdecydowaniu. Problem tkwi w myśleniu i nastawieniu. 
I tu wracamy do punktu wyjścia.
Myśląc o przeprowadzce nadal myślimy kategoriami - dom, na stałe, na dłużej, na zawsze, trwała zmiana itd. Myślimy o tym, że mamy już XX lat. I nie ważne czy mamy ich 20 czy 40. 
WYPADAŁOBY żyć w stałym miejscu, być w nim ustatkowanym, inwestować w kolejne rzeczy, swoje rzeczy, które będą zdobić nasz dom, które będą świadczyć o naszym statusie, będą dawać poczucie posiadania i nie chodzi o rzeczy kosztowne, ale w ogóle o rzeczy. Gromadzenie. 
„Wypadałoby już „poważnie” patrzeć na życie. Osiąść."
Czy to znaczy, że tego typu plany czy pragnienia są niepoważne, nieodpowiedzialne?

I tym oto sposobem powstaje pytanie - czemu żyjemy w miejscu, którego nie lubimy, które nam się nie podoba, w którym nie pasuje nam klimat, ludzie, zwyczaje. Zmuszamy się do życia w środowisku, które nam nie pasuje z przyzwyczajenia, z obaw i z wyuczonych schematów i naszych własnych oczekiwań o których pisałam wcześniej. Żyjemy tam, gdzie już coś mamy. Stertę rzeczy, pełną szafę, ramki na zdjęcia, odkurzacz.
Obawiamy się przeprowadzki z wielu powodów - strachu przed zmianami, nieznajomości warunków i dopasowania się do nich, niesprostania tym warunkom (język, zwyczaje), oraz braku stabilizacji. 
Ale gdyby tak... zmienić myślenie na odwrotne. Gdyby to właśnie zmiana życia na „po naszemu” i dostosowanie go do naszych potrzeb dała nam większą stabilizację i poczucie bezpieczeństwa i satysfakcji niż to dotychczasowe?
A gdyby tak pomyśleć innymi kategoriami... nie pod kątem zmian, a pod kątem samorozwoju i samorealizacji. Normalnego kroku w przód przy którym sami przecież decydujemy o tym ile schodków przed sobą postawimy i po ilu wejdziemy.
Przecież w każdej chwili możemy zmienić zdanie. Możemy się cofnąć, zmienić ścieżkę, możemy stanąć w miejscu, iść do przodu. I nie ważne czy mówimy tu o emigracji, zmianie pracy czy rozstaniu z partnerem po latach. 
To podejmowanie decyzji jest tym co sprawia, że idziemy do przodu.

Chciałabym dodać tylko, że w powyższych rozważaniach nie chodzi o to aby kogoś do czegoś namówić czy przekonać. Chodzi o to aby zwrócić uwagę na swoje dotychczasowe myślenie. Tak wygląda też moje dotychczasowe, ale na pewno i wielu z Was. 
Nie ograniczaj się do swoich dotychczasowych przekonań za wszelką cenę. Nie buntuj się odrazu, nie zaprzeczaj, nie stawiaj się tylko spójrz na sprawę z innej strony. 
Nie chodzi o emigrację, chodzi o wszystko co Cię otacza. 
Zmieniaj to co Ci się nie podoba. 
Zmieniaj siebie. 
Sprawdzaj, szukaj nowych ścieżek.
Błądź, wybieraj ryzykowne drogi.
Próbuj i doświadczaj. 
Nie rozpatruj swoich wyborów w kwestii poprawnych i błędnych. W życiu tak naprawdę niewiele popełnia się błędów. Reszta to wybory zwykle najlepsze z możliwych w danym momencie. 
W życiu nie ma złych decyzji. Każda decyzja, którą podejmujesz w danym momencie jest najlepszą z możliwych. Przecież nie podjąłbyś złej. 

I dlatego właśnie postanowiłam wyjechać… Porzucić strefę bezpieczeństwa i bezproduktywności na rzecz zaspokojenia swojej ciekawości. 

Komentarze

Popularne posty